O autorze
Doktor nauk technicznych, adiunkt w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Od lat zaangażowany w międzynarodowe projekty badawcze z wiodącymi uniwersytetami na świecie. Aktualnie kierownik projektu DREAM finansowanego w ramach Horyzontu 2020 i koncentrującego się na rozwiązaniach IT poprawiających dobrostan osób starszych.

W przeszłości członek zarządu firm z branży IT, konsultant, stały doradca Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii w Sejmie RP. Prezes Fundacji Praw Podstawowych.

Prywatnie zapalony kolarz amator, namiętny kolekcjoner książek i wielbiciel elektronicznych gadżetów.

Znajdziesz mnie na twitterze: @radeknielek

Jak zmarnować 20 mln dolarów 

istockphoto.com
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin wrócił właśnie z Pekinu i poinformował, że rząd Chin wyasygnował na wspólny projekt naukowo-badawczy kwotę 20 mln dolarów. W publicznie dostępnych źródłach brak jest niestety szczegółowych informacji o tym, jak ta współpraca będzie wyglądała. Zakładam, że skoro mowa o projektach bilateralnych, podobną kwotę wyasygnować będzie musiała także Polska. Wszak nie jest jeszcze z nami aż tak źle, żebyśmy musieli przyjmować pomoc gospodarczą i darowizny od Chin. W sumie mamy więc około 40 mln dolarów na projekty badawcze.  

To dobrze, że za tą umową idą pieniądze. Mamy wiele umów o współpracy badawczej, które nie mają oddzielnego budżetu, a tym samym pozostają de facto martwe. Na marginesie warto wspomnieć, że to nie pierwsza taka umowa. W 2005 roku podpisana została na przykład umowa polska-singapurska i była ona z sukcesem realizowana przez kolejne kilka lat, dając naszym naukowcom szansę na współpracę z najlepszymi uniwersytetami na świecie (Singapur ma 5,5 miliona mieszkańców i jeden uniwersytet w pierwszej setce rankingu szanghajskiego, a drugi w przedziale miejsc 101-150). 

Czy współpraca z Chinami także może być sukcesem? Może, ale to zależy od tego, jakie postawimy sobie cele. Minister Gowin zaraz po powrocie wskazał dwa obszary badawcze, które są według niego obiecujące. Pierwszym był węgiel, a drugim technologie kosmiczne. Dyskusje o węglu z litości przemilczę, zaznaczę tylko, że 20 mln dolarów to mniej więcej 4% strat, jakie górnictwo węgla kamiennego wygenerowało w ubiegłym roku. W takim razie branża kosmiczna?

Politycy mają tendencję to wybierania rozwiązań widowiskowych, dobrze sprzedających się w mediach. Wystrzelenie satelity może wydawać się takim wydarzeniem zwłaszcza dla tych, których dzieciństwo mijało w czasach projektu Apollo i wyścigu kosmonautów z astronautami. Pierwszy sztuczny satelita Ziemi (1957), pierwszy człowiek w kosmosie (1961), pierwsza satelitarna transmisja programu telewizyjnego (1967), czy lądowanie na księżycu (1969) to wydarzenia, które w tamtym momencie niepodzielnie rządziły wyobraźnią ludzi (a dzieci w szczególności). Rok 2016 nie jest jednak dobrym momentem na realizację dawnych dziecięcych marzeń za pieniądze podatników. Dziś branża kosmiczna jest przemysłem o dobrze ugruntowanej pozycji.

Co roku na orbitę okołoziemską wynoszonych jest około 150 satelitów (przy czym jest to liczba znacznie zaniżona, ponieważ nie uwzględnia sporej części misji wojskowych). Raz w tygodniu startuje rakieta wynosząca kolejne satelity. 10 krajów posiada (lub posiadało) zdolność wynoszenia satelitów na orbitę (wśród nich Ukraina), a ponad 40 firm jest w stanie budować satelity (m.in. firmy z Litwy, Argentyny, czy RPA). Pierwszy polski satelita został wystrzelony w 2012 roku (zresztą z wykorzystaniem francuskiej rakiety nośnej Vega). Tym samym przegraliśmy wyścig (choć tylko o rok) z Wyspą Man, za to udało nam się wyprzedzić (choć także tylko o rok) Boliwię, Estonię i Ekwador.

Cała branża kosmiczna w 2014 roku szacowana była na 330 miliardów dolarów rocznie. Jak duży udział ma w niej Polska? Tego dokładnie nie wiadomo. (Za) bardzo optymistyczne szacunki mówią o 2 mld dolarów (ale to głównie producenci urządzeń wykorzystujących sygnał z satelity, np. dekoderów TV-SAT czy nawigacji samochodowej). Mamy oczywiście pojedyncze przypadki firm i zespołów naukowców, które robią innowacyjne rzeczy, zwłaszcza w obszarze sensorów, ale ich kwotowy udział w projektach jest znikomy. W świetle tych liczb 20 mln dolarów na kilka lat na projekty badawcze nie zbuduje w Polsce przemysłu kosmicznego.

Na co w takim razie powinniśmy wydać te pieniądze? Szukajmy branż, które dopiero powstają, takich, gdzie wszyscy startują w tym samym momencie i z tego samego punktu. Mając nawet najlepszych, najbardziej zaangażowanych zawodników (naukowców i przedsiębiorców), nie możemy oczekiwać od nich, że wygrają maraton jeśli przeciwnicy są na trasie już dwie godziny, a my nawet nie wystartowaliśmy. Skoncentrujmy te niewielkie zasoby, którymi dysponujemy na bombie demograficznej. Już dziś widać, że niezależnie od projektów wspierających dzietność w bardzo wielu bogatych krajach za 30 lat 50% osób będzie miało 65 lub więcej lat. Będą potrzebowały technologii zapewniającej niedrogą opiekę medyczną, rozwiązań pozwalających podtrzymać im dłużej aktywność zawodową i społeczną, czy atrakcyjnej dla nich oferty spędzania wolnego czasu. Zupełnie nowy rynek, zupełnie nowe branże i zupełnie nowe produkty. Tutaj wszyscy startują od zera. To będzie rewolucja technologiczna i społeczna na miarę wynalezienia maszyny parowej.

Jeśli ta perspektywa nie wygląda dla polityków wystarczająco atrakcyjnie, bo ciężko na jej tle zrobić sobie dobre zdjęcie, to podejdźmy do wydania tych 20 mln dolarów merkantylnie. Otwórzmy za te pieniądze w Polsce centrum badawcze jednego z dużych chińskich koncernów. Na szybko do głowy przychodzi mi Baidu, Huawei lub Alibaba Group. To daje szansę nam, polskim naukowcom i inżynierom, na realną pracę na innowacyjnymi projektami także wtedy, gdy te 20 milionów dolarów się skończy.
Trwa ładowanie komentarzy...